Standard book of spells

Ravenclaw
Magdalene

Gryffindor
Lily Evans
Hermiona Granger

Slytherin
Jakub Black
Draco Malfoy


Library
2008
styczeń


1. Love can mend your life but love can break your heart

Jakimś cudem tak się stało, że moja szalona matka nie dała mi na imię Apolonia Bawaria Carolina Deustacha Franchesca Gordwina, tylko po prostu Lily. Myślę, że miało na to wpływ to, że po moim urodzeniu (4.5kg) nie miała siły, żeby mi się dokładnie przyjrzeć i stwierdzić, czy te imiona na pewno mi pasują. Podobno dała wtedy tacie kartkę z listą mojej tytulatury i wysłała go, żeby mnie podstęplowali. Ojciec jest jednak całkiem myślącym facetem i kiedy doszedł do Bawarii rozmyślił się i wybrał imię, które od zawsze go wzruszało. Lily było imieniem jego pierwszej niańki. Chyba najlepiej ją zapamiętał, bo była jedną z niewielu, która niczym w niego nie rzucała. Nie ma się co im dziwić, dwulatek otoczony lewitującymi meblami z zakresu ciężkich, rzeźbionych i DROGICH na ich dyżurze? Wtedy jeszcze nie wiedziano, że zrodził im się czarodziej.  W każdej razie, mój ojciec był normalny i dał mi normalne imię. Mama pochodziła z tradycyjnej rodziny czarodziejskiej z rodu Spruce’ów i u niej wszyscy mieli takie dziwaczne imiona jak Dominanta czy Jotrynfel Nathan Tymoteusz XVII.
Dziwi mnie zatem, jak moi rodzice się w ogóle poznali. A poznali się tak, że moja mama wleciała na mojego ojca na pierwszej lekcji latania. On pozbierał ja z trawy i od tej pory chodził za nią, żeby się nią opiekować. Moja mama zawsze znalazła coś o co mogła się potknąć, nie mówiąc już o tych rzeczach, z których mogła spaść. Tony, czyli mój tato był rycerzem, który zawsze ją łapał (a przynajmniej nie pozwalał się z niej śmiać). Ojciec jest najlepszym specem od mugolskich urządzeń, ale pracę dostał w Ministerstwie Magii w wydziale Kamuflażu, Karnawału i Innych Przebieranek. Mama projektuje czarodziejską modę dla nastolatek. Czasami jej pomagam, ale zwykle ma świetne pomysły.  Jej prace zwykle można zobaczyć u Madame Malkin, która jest jej koleżanką jeszcze z czasów szkolnych.  Jestem jedynym dzieckiem moich rodziców, więc jestem również obciążona niektórymi cechami jedynaków. Apodyktycznością, arogancją, agresywnością, asertywnością, bezpośredniością, bezceremonialnością, cynizmem, despotyzmem, egoizmem, egocentryzmem, egzaltacją, fanokolekcjonizmem, gruboskórnością, hipokryzją, indywidualnością, jademtryskaizmem… Gdzieś to nawet kiedyś spisałam. To są tylko te cechy z jedynaka zdarte.
Opowiedziałam trochę o swoich rodzicach, żeby nikt nie miał problemu i nie zadawał sobie pytania: „Skąd ona się wzięła?!”. Oni nie mieliby szansy, żeby się mnie wyprzeć, bo jestem idealnym połączeniem ich charakterów. Jeśli akurat nie rozerwała mi się torba i nie zbieram kredek z podłogi to na pewno spadam ze schodów albo potykam się o swoją własną nogę. Z tą różnicą, że z podłogi zbieram się sama.

 Mam kota. Kot nazywa się Sudoku przez bardzo dziwną koincydencję, a mianowicie sama nie wiem jak to się stało. Sudoku przegrał walkę o oko, ale i tak go kocham. Przecież nie można się odwrócić od zwierzęcia, tylko dlatego, że jest uszkodzone. Moja przyjaciółka jednak twierdzi, że jak najbardziej – można.
Będąc prawie wykwalifikowaną czarownicą na ostatnim roku wzięłam sobie zaklęcia, numerologię, runy, wróżbiarstwo, astronomię, transmutację i mam zamiar zostać pierwszą wróżką w naszej rodzinie. Ale tak naprawdę to chyba magopsychologiem. Strasznie dużo mugolaków jest zestresowanych tymi ciągłymi napadami magii. I z charłakami też trzeba zrobić porządek. A że lubię słuchać i odziedziczyłam po ojcu trochę cierpliwości… Po prostu mnie to interesuje.
Dostałam się do Ravenclawu, chociaż moja babcia Kliturynna Lauretta prychała mi cały sierpień, że na pewno przyjmą mnie jako niańkę kota woźnego, a w najlepszym wypadku do Hufflepuffu. A tym czasem jestem na siódmym roku w Hogwarcie i całkiem nieźle sobie radzę. Rozkręciłam nawet mały biznesik. Robię biżuterię (uwielbiam!) i rozdaję moim zachwyconym koleżankom. Następne egzemplarze już jednak trzeba kupić ! Ha!
Po mamie odziedziczyłam nie tylko część charakteru. Kolor i struktura włosów damskich w naszej rodzinie to prawie skarb. Dla mnie to przekleństwo.  Bywa, że są idealnie proste i mogę z nich zrobić nawet łabędzia, ale jest też tak, że wstaje rano i kiedy chcę je przeczesać dłonią – nie mogę wyciągnąć ręki. To pewnie ma coś wspólnego z tym jaki mam nastrój. Ale głupio tak wiedzieć od razu jaki będzie się miało humor, nie?
Dzisiaj rano chciałam, naprawdę chciałam cos zrobić z tymi włosami. Ale wstałam, a ze mną wstała półmetrowa lawina loków. Ostrożnie, żeby za bardzo nie obudzić kota i współlokatorek, które mnie nie specjalnie lubiły, przelazłam do łóżka Mag. Spała! Bezczelna.
- Ej, staraaa – usiadłam jej na nogach. Zadziałało jak złoto.  Zawsze zadziałuje.
- Aua, chcesz mi zmiażdżyć nogi?  - jęknęła rozczochrana głowa, powoli wyłaniająca się spod koldry. I bluzki. I  szalika. I… o ludzie, SKARPETY?
- A zmiażdżyłam ci kiedyś? Śpisz w tym barłogu?
- Sama jesteś barłog, złaź - wierzgnęła kopytem i zsiadłam jej z nogi. Objęłam kolana ramionami i zastanawiałam się czy ten magiczny samo opalacz nie przebarwił mi skóry. Zaczęłam się kiwać w przód i w tył, próbując się uspokoić i sprawić, żeby moje włosy przypominały cokolwiek innego, niż nać pomarańczy. Chociaż Kevin mi mówi, że pomarańcza nie ma naci i wyglądam bardziej, jak sucha kalarepa. Dzięki!
- O ludzie, ale masz… - zaśmiała się Magdalene, kiedy już usiadła. – Myślałam, że wczoraj to już był ich popisowy numer.
- Lepiej mi powiedz, czym to zakryć!
- Workiem na śmieci! – pisnęła radośnie i poprawiła sobie koszulę nocną, bo tak się jakoś  z niej wysunęła.
Wykrzywiłam się do niej i prawie spadłam z łóżka, tak pociągnęła za kołdrę.
Kilka kłótni później byłyśmy w drodze go pokoju wspólnego.  Ja przegrałam walkę z  włosami i byłam zła na cały świat. Kevin udał, że nie widzi moich włosów, chociaż bardzo prawdopodobne, że nie widział mojej twarzy. Mag zniknęła nam gdzieś koło trzeciego piętra. Kiedy się wychyliłam przez barierkę, zobaczyłam, że idzie i opowiada coś żywo Draconowi Malfoyowi. Wiem, że nie powinnam, ale taki mały grzeszek… Cholera, że te szaty nie opinają męskich pośladków. Niestety moja przepełniona torba się znowu urwała.  Kevin i Morag dawno zbiegli na dół, a ja siedziałam jak ta sierota, zbierając w sobie siły witalne, potrzebne do naprawienia torby. No i normalnie to by się pojawił jakiś nieznajomy przystojniak, zapytałby aksamitnym głosem „Co się stało? Czy mogę ci jakoś pomóc?”, potem odprowadziłby mnie do Wielkiej Sali i po drodze opowiedział, że jest we mnie zakochany od wielu miesięcy, ale był zbyt nieśmiały. I wszystkie by mi zazdrościły, a ja po miesiącu zaszłabym z nim w ciążę i wyszła za mąż. Ale nie! Tak to tylko moim przyjaciółkom się może przytrafić. No może, bez tej ciąży, ale co. Idzie sobie taka na  imprezę do najbardziej obleśnego miejsca i poznaje tam tego superseksipleksiblondślizgona. A ja umiem tylko spadać ze schodów. Może to już wyszło z mody? Zastanawiając się nad swoim ciężkim losem pozbierałam rzeczy i zeszłam na śniadanie. Spojrzałam na Kevina, który zagadywał Su i zmrużyłam oczy. Kevin i ja znaliśmy się od przedszkola. Wybiłam mu zęba w czasie zajęć tanecznych. Zrobiłam piruet i spadł mi but. Zajmowaliśmy się uprawianiem zawodów  w Kto Głębiej Wsadzi Palec Do Nosa albo Co Pani Ma Pod Szatą. Zaskoczyło mnie trochę, że on naprawdę jest facetem! Serio! Był taki okres w jego życiu, ze jego organizm to wszystkim demonstrował w najmniej oczekiwanych momentach. To był ten okres, w którym zaczęłam przyjaźnić się z Mag, żeby nie musieć sobie za często wyobrażać męstwa Kevina. Wolne miejsce było tylko koło Padmy, więc tam usiadłam. I tak nie zauważyła, bo na migi pokazywała swojej siostrze, ze ma keczup na brodzie. Właśnie… keczup.  Moje ulubione jedzonko na dziś to keczup. Zrobiłam sobie kanapkę z keczupem, wytarłam sobie keczup z kolan, i z brody, z  łokcia, i z włosów, zrobiłam sobie drugą kanapkę z keczupem i odebrałam komunikat, że jem jak świnia, prosie, prostaczka i fleja. Przełknęłam, bo nie ładnie to wygląda, jak się mówi z pełną buzią i odezwałam się po cichu do Padmy:
- Słoneczko, chyba ci lakier odprysł – zamrugałam powiekami i chciałam z gracją wstać z ławki. Gracja chyba zaspała i wstałam, owszem ale trochę koślawo i na jednej nodze. Na szczęście nie widziała tego Padma, na nieszczęście widziała to Morag i wykrzywiła się do mnie zaczepnie. Na szczęście nikt normalny nie chodził na wróżbiarstwo, więc czekały mnie dwie fascynujące godziny z bliźniaczkami Patil i Lavender Brown. Po drodze widziałam, jak McGonagall uświadamia Ślizgonkom, że są pewne ograniczenia dotyczące długości spódnicy, na co one odpowiadały, że wiedzą i ograniczyły długość do dziesięciu cali. Uśmiechnęłam się do nich, bo zobaczyłam, że obie mają w uszach moje kolczyki . Opanowałam świat!
Wróżbiarstwo z  tą ważką doprowadza mnie zawsze do skraju załamania. Po pierwsze jest duszno, po drugie na jej biurku stoi zdjęcie Harry’ego Pottera, który po tym jak zbawił świat również musi powtarzać ostatni rok nauki, , po trzecie ma niedobrą herbatę a po czwarte regularnie zamawia u mnie ogromne ilości kolczyków, które potem daje w prezencie Snapeowi. Tym razem Padma wywróżyła mi, że spadnę ze schodów w ramiona pryszczatego chłopaka. Fajnie by było, był by to wszak jakiś facet, zawsze.  Myślała, że mnie wykiwała, ale ja sama zanalizowałam swoje fusy. Wyszło mi, że to ja dzisiaj będę zmywać filiżanki. I jak zwykle się sprawdziło.
W przerwie na lunch spotkałam się z Kevinem, który naprawił mi torbę. W międzyczasie porwałam rajstopy i już miałam oczy pełne łez, kiedy stanęłam sobie na sznurowadło i spadłam z trzech ostatnich schodków. Zawsze wiedziałam, że z  tej Padmy to wróżka jak z koziej dupy cukrowe pióro, ale żeby pomylić pryszczatego chłopaka z Draconem Malfoyem, który złapał mnie, odstawił i jak zahipnotyzowany lodołamacz pocisnął dalej do Magdalene? Co za lebiega z niej! Miałam dzisiaj już zachciankę na keczup. Teraz stawałam na palcach, żeby zajrzeć do Wielkiej Sali.
- Na co tak się gapisz? – zapytał Kevin, przyczepiając dodatkowy pasek do mojej torby.
- Chce mi się kapusty – odparłam bez zastanowienia. Chłopak uniósł brwi i uśmiechnął się wesoło.
- My nie chcemy twojej kapusty – podał mi torbę.  Zaburczało mu w brzuchu i ucieszyłam się, ze to nie w moim! Ale za wcześniej, bo w moim też zaburczało. Kevin nie rozmawiał ze mną długo, bo był ulubionym Krukonem koleżanek z czwartego roku, które oblepiły go z każdej strony i posadziły między sobą. Im dłużej przyglądałam mu się, ze swojego miejsca, tym bardziej uświadamiałam sobie, że faktycznie nie jest już dzieciakiem i nie wkłada palców do nosa (przynajmniej nie tak głęboko), ale ma możliwości zaglądania pod różne szaty. Ukuło mnie to trochę. Wręcz poczułam się prawie zazdrosna. Postanowiłam, że następnym razem, jak będziemy szli do Hogsmeade, to go zaproszę! A w ogóle to zjadłabym  kotleta.
W tym momencie do Wielkiej Sali weszła Magdalene z Draconem Malfoyem. Nie wiedziałam, że Malfoy używa fioletowego błyszczyku.
- I jak smakował?- zapytałam, kiedy przyjaciółka wepchnęła dupsko obok mnie.
- Kto?
- Ha! Kto a nie co! Malfoy – uśmiechnęłam się niewinnie i nawinęłam kosmyk włosów na palec.
- Ojj… wszystko byś chciała wiedzieć – odwzajemniła uśmiech i mrugnęła do swojego odbicia w nożu.
- Nooo – przytaknęłam jej bezczelnie, ale w tym momencie Kevin się roześmiał i okazało się, że to syn dzieci znajomych mojej babki Raymund Knighley pojawił się w zasięgu jego wzroku. Tego się z resztą można było domyślić, bo Raymund bawił go niesamowicie odkąd wdepnął w swój nocnik, kiedy mnie pierwszy raz zobaczył. Przyjaciel od razu wlepił we mnie wzrok, kiedy Ray usiadł zaraz naprzeciwko nas.
- Smacznego Lily – uśmiechnęłam się do niego. To dobry chłopak, ale …
- Smacznego – odpowiedziałam i kątem oka złowiłam spojrzenie Kevina. Unosił brwi i z ruchu jego warg mogłam bez problemu odczytać słowo – nocnik. Nadmienię tylko, że ten nocnik sprzed dwunastu lat nie był wcale pusty.


hallinan 2008-01-21 01:22:11
skomentuj (1)